Reklama
  • Wtorek, 27 grudnia 2016 (15:00)

    Andrzej Kopiczyński (1934-2016)

Jego dzieciństwo przypadło na burzliwy okres. Andrzej Kopiczyński miał zaledwie pięć lat, gdy wybuchła wojna. Rodzice przenieśli się z rodzinnego Międzyrzeca Podlaskiego do Augustowa. On sam dwa razy otarł się o śmierć.

Reklama

Jako dziecko cierpiał na anemię. Silny atak tej choroby spowodował utratę przytomności. Konieczna była transfuzja krwi. Z pomocą pospieszył niemiecki lekarz, który oddał chłopcu krew przeznaczoną dla rannych żołnierzy.

Za drugim razem Andrzej i jego koledzy bawili się w saperów. A że do dyspozycji mieli prawdziwe miny… Przyszły aktor omal nie stracił wtedy ręki.

Po wojnie też nie było prosto. Matka z trójką dzieci pojechała na ziemie odzyskane, a konkretnie do Wrocławia. Ojca z nimi nie było, bo został aresztowany przez UB. Bieda i głód to była codzienność.

– Kradłem. Wiele mieszkań niemieckich było zaplombowanych. Dla mnie, i dla moich kolegów, to nie był problem. Kradliśmy ołowiane rury z mieszkań, bo ołów dobrze „szedł” – wspominał po latach.

Piękne życie aktora

Na szczęście wkrótce ojciec został wypuszczony z więzienia. Gdy przyjechał do Wrocławia, znalazł pracę w sortowni bielizny w miejscowym szpitalu. Matka Andrzeja pracowała w tym czasie u hrabiego Wojciecha Dzieduszyckiego.

Wreszcie zaczęło być normalnie, a Andrzej mógł kontynuować naukę – podstawówkę skończył już we Wrocławiu, a potem uczył się w technikum energetycznym. W drodze do szkoły każdego dnia mijał budynek opery.

–  Stawałem często przed szybą kawiarenki, w której siedzieli aktorzy, śpiewacy. To był inny świat: byli świetnie ubrani, uśmiechali się, popijali wódeczkę, kawkę. Powiedziałem wtedy sobie: Ja też tak chcę! – tak żartobliwie opowiadał Andrzej Kopiczyński, dlaczego został aktorem.

Prawdą jednak jest, że wkrótce związał się z teatrem amatorskim, a po maturze został przyjęty do PWST w Łodzi. Ze szkoły teatralnej został jednak aż trzy razy wyrzucony i to tylko w trakcie pierwszego roku. Podobno za brak zdolności. Pewnie go to zmobilizowało, bo już na drugim roku miał stypendium artystyczne.

Czterdzieści lat minęło…

Po szkole nie chciał grać „ogonów” w którymś z warszawskich teatrów. Ruszył więc w Polskę. Występował w wielu miastach, tworzył wspaniałe kreacje. Film jednak długo go nie rozpieszczał. Karta odwróciła się, dopiero gdy zagrał w „Jarzębinie czerwonej”.

Na planie tego filmu miał groźny wypadek. W scenie szturmu najpierw wszedł na źle umieszczony ładunek. – Wpadłem do jakiegoś leju po pocisku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, oddałem jeszcze serię z pepeszy. Obyło się bez wielkich ran, ale pewna część mojego ciała przez pewien czas przypominała coś na kształt siekanego kotleta – opowiadał.

Przełom w karierze aktora dokonał się w roku 1974. Zagrał wtedy inżyniera Karwowskiego w „Czterdziestolatku”. Serial okazał się jednym z największych hitów PRL i do dziś jest uznawany za produkcję kultową – w Warszawie jest nawet rondo Czterdziestolatka.

Rola ta była dla Kopiczyńskiego darem z niebios, ale i przekleństwem. – Kłopot w tym, że minęło prawie 40 lat, a ja ciągle jestem tym serialowym czterdziestolatkiem – mówił w przededniu 80. urodzin.

Choroba, która nie zna litości

O ile inżynier Karwowski miał tylko jedną żonę, to Andrzej Kopiczyński aż trzy razy się żenił. Pierwszą jego żoną była Maria Chwalibóg, którą poznał w olsztyńskim teatrze. Po przeprowadzce do Warszawy związał się z Ewą Żukowską, z nią miał córkę Katarzynę, ale i to małżeństwo nie przetrwało próby czasu.

Miłością jego życia okazała się Monika Dzienisiewicz-Olbrychska, z którą był najdłużej. Wspólnie też wychowywali syna Moniki – Rafała. Niestety, kilka lat temu Andrzej Kopiczyński zaczął mieć zaniki pamięci.

Lekarze zdiagnozowali u niego chorobę Alzheimera. Cały czas u jego boku była żona. W czerwcu jednak Monika Dzienisiewicz-Olbrychska zmarła. Może nawet ta informacja do Andrzeja nie dotarła, gdyż jego stan ostatnio był już bardzo zły. Aktor odszedł 13 października.

To i Owo

Zobacz również

  • Nie ma nic gorszego dla rodziców, jak pochować własne dziecko. Tego bólu los nie oszczędził Danucie i Lechowi Wałęsom. 8 stycznia zmarł ich 43-letni syn Przemek. Został znaleziony martwy w... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.