Reklama
  • Wtorek, 21 lutego (15:40)

    Bohdan Smoleń 1947-2016. Liczy się dobre serce

Nie ma w Polsce nikogo, kto by o nim nie słyszał. Wiele razy powtarzaliśmy jego kwestie, śpiewaliśmy i śmialiśmy się jak on. Nic dziwnego, że wiadomość o śmierci 69-letniego Mistrza Humoru zaskoczyła i zasmuciła Polaków.

Reklama

Satyryk wzorcowy? Nazwano by go tak, gdyby ktoś pokusił się o stworzenie potretu psychologicznego ludzi zawodowo trudniących się rozśmieszaniem innych, a potem o porównanie z owym portretem Bohdana Smolenia. Spełniał wszystkie „warunki”. Miał naturę refleksyjną, skłonną do melancholii, ale też poczucie humoru, doskonały zmysł obserwacji i ogromny dystans do siebie.

To, co tragiczne, dzięki wrażliwości artystycznej potrafił ubrać w żart. Polska Ludowa przefiltrowana przez humor Smolenia przestawała być szara i straszna – dawała się jako tako oswoić. Pamiętacie starszą pracownicę fabryki bombek Pelagię z programu „S tyłu sklepu” (pisownia zamierzona)?

Malusieńka, wąsata babulina w kolorowej chuście na żadne z zadanych przez Laskowika pytań nie potrafiła odpowiedzieć z sensem. Pozornie! Tak naprawdę jej opinie miały drugie i trzecie dno, obnażały absurdy systemu. Bohdan Smoleń zachował coś z ukrytej mądrości Pelagii do samego końca. Zmarł 15 grudnia 2016 roku, o czym powiadomili przyjaciele z Fundacji Stworzenia Pana Smolenia.

Dystans i ironia

Jaki był człowiek, stojący za prostolinijną Pelagią? Zdystansowany. Nieco ironiczny wobec samego siebie. Hucznie obchodził 50-lecie swej wątroby, od lat 70. wystawianej na zabój cze skutki częstych libacji.

– U nas każdy mógł się spotkać: minister, sekretarz, prywaciarz, striptizerki i ich koleżanki, goście, którzy mieli przerwę między pociągami. Każdy mógł przyjechać do Teya, wypić pół flaszki i taksówką wrócić na dworzec – wspominał.

Mawiał też, że gdyby w latach karnawału „Solidarności” nie pił z przyjaciółmi i przypadkowymi widzami w warszawskiej „Kongresówce” (składankę „Szlaban” zagrali tam aż 56 razy, i to przy wypełnionej po brzegi sali), mieliby go za kapusia. W najlepszym zaś razie – za faceta, który zadziera nosa. Nie chciał skończyć z taką łatką.

Zawsze był przecież człowiekiem prawym, o wielkim sercu dla istot dwu- i czworonożnych.

Urodził się 9 czerwca 1947 roku w Bielsku-Białej, przez 10 lat studiował zootechnikę w krakowskiej Akademii Rolniczej. Wybrał ten kierunek, bo uwielbiał zwierzęta. Ta miłość odezwała się zresztą wiele lat później. W 2007 roku założył Fundację Stworzenia Pana Smolenia. Zajmował się hipoterapią, niepełnosprawne dzieci jeździły u niego na ślicznych, zadbanych kucach szkockich. Dlaczego zwrócił się ku pomaganiu?

– Może chciałem jakoś uczcić pamięć mojej mamy? Żony, syna? Że nie żyję dla siebie, że rozumiem, jak to jest żyć w cierpieniu? – zastanawiał się. Podobne refleksje towarzyszą ludziom, którzy nie mieli łatwo. Takim, jak on. Z jednej strony był gwiazdą kabaretu, idolem, który nie mógł niepostrzeżenie przejść spod parasola na plaży do morza, toteż przestał jeździć na wakacje.

Zarabiał krocie, po wypłatę z Estrady chodził z walizkami – tyle tego było! Z drugiej... doświadczył tragedii, które złamałyby najsilniejszego.

Rozstania i żal

Po wybuchu stanu wojennego jego ścieżki z Laskowikiem zaczęły się rozchodzić, panowie pokłócili się o „drobiazgi”. Wielu chciało ich pogodzić, choćby na siłę.

– Jak małżeństwo się rozwiedzie, to nikt za nim nie chodzi, nie namawia. Pogadajcie chwilę ze sobą, chcielibyśmy was posłuchać. My z Zenkiem nie musimy się za nic przepraszać, bo nie pokłóciliśmy się z jakiegoś jednego powodu – mówił. Swoją drogą – jeszcze jako przyjaciele – wykrakali stan wojenny.

Latem 1981 roku występowali w Opolu jako adwokat i prokurator. Zagadnęli publiczności tymi słowy: „Witajcie w ostatnich dniach wolności”. Potem Laskowik dawał mu coraz mniej miejsca na scenie. W 1983 roku Smoleń naraził się cenzurze monologiem „A tam, cicho być”, dostał zakaz występowania, grał więc... dla dzieci. No i prowadził z żoną sklep z rybkami.

W 1989 roku jego syn Piotr popełnił samobójstwo, niedługo potem w ślady chłopaka poszła żona Teresa. Bywało ciężko, on jednak cały czas dbał o to, by ludzie mieli powody do radości: grał w „Kochankach mojej mamy” i w „Panu Kleksie w kosmosie”, z Krzysztofem Krawczykiem zaśpiewał „Dziewczyny, które mam na myśli”, w wolnej Polsce wcielił się zaś w listonosza Edzia w serialu „Świat według Kiepskich”.

W 2008 roku zachorował na zapalenie płuc. Był źle leczony, pojawiły się powikłania. Przeszedł liczne wylewy, zawał, jeździł na wózku inwalidzkim, nie mówił. Miał słabe zdrowie i wielkie serce, które 15 grudnia na zawsze przestało bić.

MACIEJ MISIORNY

serce

– Każdy mógł przyjechać do Teya, wypić pół flaszki i taksówką wrócić na dworzec – mówił.

Tele Tydzień

Zobacz również

  • Nie spodziewał się, że w jednej chwili jego życie zawiśnie na włosku. Zawsze był pełen energii i tryskał humorem. Rudi Schuberth (63) nawet nie chce myśleć, co by było, gdyby w październiku... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.