Reklama
  • Środa, 1 marca (15:05)

    Bohdan Smoleń. W życiu wcale nie było mu do śmiechu

Choroba matki, alkoholizm ojca, śmierć żony i syna... Mimo tak trudnych doświadczeń jego życiową misją zawsze było rozśmieszanie innych ludzi

Reklama

Bohdan Smoleń poczucie humoru wyniósł z domu. Odziedziczył je po rodzicach i to dzięki niemu udało mu się przetrwać niewesołe dzieciństwo.

W 1955 r., gdy miał 8 lat, jego matka zapadła na chorobę Heinego-Medina. Mały Bohdan i jego młodsza siostra Ilona musieli szybko wydorośleć i przejąć prowadzenie domu. Nie znajdowali oparcia w nadużywającym alkoholu ojcu, chyba że chodziło o ciętą ripostę: „Ojciec był konferansjerem i opowiadaczem dowcipów w teatrze, największym prześmiewcą w Bielsku Białej” – wspominał p. Bohdan.

Także mama, mimo rozległego paraliżu, lubiła żartować. Była choreografką, miała talent aktorski i przyszłość syna widziała na scenie, a gdy ten w 1968 r. założył studencki kabaret Pod Budą, dyktowała mu nawet czasem skecze.

Nie poszedł jednak na uczelnię artystyczną, wybrał zootechnikę na Akademii Rolniczej w Krakowie i tak dobrze mu się studiowało, że dyplom zrobił dopiero po 10 latach. Zamiast rozprawek o hodowli bydła, wolał pisać zabawne scenki.

Robił to tak skutecznie, że w 1972 r. na festiwalu FAMA w Świnoujściu otrzymał główną nagrodę, wygrywając m.in. z kabaretem Klops Zenona Laskowika – w owym czasie studenta Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego w Poznaniu.

Laskowik najwyraźniej nie żywił urazy, bo pięć lat później zaprosił Smolenia, by dołączył do jego zespołu, z Klopsa przemianowanego na Tey. „Zenek zapytał: »To kiedy przyjedziesz?«, a ja: »Jutro«. I byłem na drugi dzień w Poznaniu” – wspominał Smoleń.

Pierwszy rok mieszkał w hotelu Polonez: luksusowo, ale bez prawa do śniadań. W 1978 r. dołączyła do niego żona Teresa, którą poznał na studiach. Byli małżeństwem już od ośmiu lat, mieli synów Maćka i Piotrka.

Teraz Smoleń, jak mówił, „przypomniał sobie, jak się dzieci robi”; w 1979 r. urodził się Bartosz. Opieka nad chłopakami spadła na Teresę, choć Bohdan uwielbiał spędzać czas z rodziną. „Nasze życie polega na tym, że nie ma ośmiu godzin pracy – mówił. – Albo robiliśmy wszystko wspólnie, albo mnie nie było”.

Ulubieńcy publiczności

Tymczasem występów, bankietów i wyjazdów przybywało. Smoleń z Laskowikiem podbili serca publiczności: duży i mały, postawny i mikry, byli bardziej rozpoznawalni niż Flip i Flap. Ich dialogi wypadały tak naturalnie, jakby wymyślali je na żywo.

„To była symulowana improwizacja. Wszystko mieliśmy wykute na pamięć, ale udawaliśmy głupków, że niby to pierwszy raz tak mówimy” – wspominał p. Bohdan.

W rzeczywistości wszystko mieli pod kontrolą. „U nas na widowni były stałe miejsca, wiedzieliśmy, gdzie kto siedział. Cenzor, gdzie ktoś z Komitetu Wojewódzkiego PZPR, z ubecji. Tak że myśmy rozpoznawali, kto jest i jaką wersję programu możemy grać” – opowiadał.

W którymś momencie nawet ich siedziba sąsiadowała przez ścianę z komitetem dzielnicowym PZPR. „Ciepło się mieszkało. Oni mieli dobre kaloryfery, ciepło przechodziło przez ścianę” – mówił p. Bohdan, a członków komitetu wielokrotnie widywał na przedstawieniach. Na Tey chodzili wszyscy.

Aż do stanu wojennego nie miewali raczej problemów, Tey miał być dla Poznania tym, czym Piwnica pod Baranami dla Krakowa. Jeszcze na festiwalu w Opolu’81 Smoleń zdobył tytuł „Mistera Obiektywu” („Bardzo fajnie się z tym czułem, bo miałem więcej zdjęć niż Banaszak i Ostrowska razem wzięte”), ale już parę miesięcy później pisał: „Trzeba się wyrażać oględnie, bo znów się zbudzimy którejś niedzieli i nie będzie Teleranka”.

Jego monolog „A tam cicho być” z 1983 r. przeszedł do legendy. „A ci Amerykanie, oni nie są wcale tacy źli. Oni napadną, a potem przeproszą. A mnie za te 40 lat to nikt, k..., nie przeprosił” – wygłosił w Opolu bez wcześniejszej konsultacji z cenzurą, dostał nagrodę jury, dziennikarzy i publiczności oraz… skierowanie na kolegium i zakaz występowania.

Ograniczenie nie obejmowało grania dla dzieci, natychmiast stworzył więc program „6 dni z życia kolonisty”, z którym występował o 10 rano. Przychodzili oczywiście dorośli. Wśród fanów zbuntowanego Teya był też Lech Wałęsa, który kiedyś ukradł im show – gdy przyszedł spóźniony 45 minut, widownia wstała, by przywitać go oklaskami.

„Widzisz, na kogo tu przyszli” – powiedział Smoleń do Laskowika teatralnym szeptem, ale nie miał racji – ludzie przychodzili na Tey, a by zdobyć bilet, byli nawet gotowi rozstać się z deficytowymi towarami. Wszystko załatwiała sprzątaczka kabaretu, która uzupełniała zaopatrzenie, negocjując z klientami cenę wejściówki: „No dobrze, ale co produkuje pana zakład?”.

Nawet w najsmutniejszych latach 80. można było liczyć zarówno na kąski spod lady, jak i na zróżnicowaną publiczność. Podobno w przerwie jednego z występów Smoleń podsłuchał w toalecie dwóch generałów: „Ci dwaj to dopiero dop...ją, szkoda, że śmiać się nie wolno”.

Koniec zgody

Mało kto wiedział wtedy, że samym twórcom Teya coraz mniej było do śmiechu. Konflikt wokół autorstwa skeczy, obecny właściwie od początku istnienia kabaretu, stawał się coraz bardziej nabrzmiały – Zenon Laskowik, który tworzył podstawę większości skeczy, był wymieniany jako jedyny twórca tekstów, choć ich ostateczna wersja powstawała zawsze na próbach, grupowo.

„To nieważne, kto bombki na choinkę wymyślał, trzeba było najpierw wymyślić choinkę” – tłumaczył kolegom, zgarniając dla siebie tantiemy z ZAiKS-u. „On był władzą, a ja byłem uciśnionym narodem” – podsumowywał Smoleń. Rozstali się w gniewie: Laskowik krzyczał za Smoleniem, że ma „pieniądze w oczach”. „A ty w kieszeni” – odparował Smoleń.

Wycofał się ostatecznie, gdy w 1989 r. jego średni syn Piotr w niewyjaśnionych okolicznościach popełnił samobójstwo. Dlaczego to zrobił, możemy się tylko domyślać. Synowie p. Bohdana zawsze musieli udowadniać, że nie są tylko bladym odbiciem sławnego ojca.

„Bardzo chciał imponować innym, że on sam coś potrafi, za wszelką cenę. To nie był taki grzeczny chłopiec, zawsze miał swoje zdanie, swoje pomysły. Mogło być tak: spróbuj się powiesić, a my cię odetniemy albo sam się odetniesz. Miał pasek i nóż nie swój” – mówił Smoleń. Znalazł Piotrka nad ranem w Wielki Piątek, kilkaset metrów od domu.

„Osobiście go odcinałem”. Jego żona Teresa nie przeżyła straty: powiesiła się rok później. „Myślałem, że matka trojga dzieci ma wielką siłę życia, że jest silna. A ona była zupełnie załamana, oskarżała się. Do tego dochodziły plotki, ludzie ciągle obserwowali, gadali...”.

Chciał pomagać ludziom

Podwójna tragedia odbiła się także bardzo mocno na p. Bohdanie. „On jest smutniejszy, niż wszyscy myślą. Po śmierci Tereni, kiedy wracał z trasy, to siadał przy stole, podpierał głowę i tak siedział, i siedział parę godzin” – mówiła jego siostra.

Jakoś jednak sobie poradził: założył Kabaret Bohdana Smolenia, w połowie lat 90. wydał trzy humorystyczne płyty parodiujące disco polo. W 1999 r. przyjął rolę listonosza Edzia w „Świecie według Kiepskich”, zrezygnował dopiero w 2015 r. z powodu poważnych kłopotów ze zdrowiem.

Nie były one pierwsze – dekady nałogowego palenia trzech paczek papierosów dziennie dały o sobie znać już w 2008 r., gdy artysta przeszedł skomplikowane zapalenie płuc i wylew, a później dwa kolejne.

„Doktor poprosił mnie, żebym ograniczył się przynajmniej do dwóch. Więc paliłem przez jakiś czas australijskie papierosy pakowane po 50 sztuk” – p. Bohdan podchodził do kwestii swojego zdrowia chyba zbyt żartobliwie.

W ostatnich latach szukał spokoju. Mieszkał w drewnianym domu w Baranówku pod Poznaniem. Tutaj cieszył się ciszą, wstawał o świcie, hodował konie, które służyły w rehabilitacji niepełnosprawnych dzieci w ramach jego fundacji „Stworzenia pana Smolenia”.

Gdy było już bardzo źle, i jemu postanowiono pomóc – cała Polska słała datki, by odzyskał mowę, zsiadł z wózka inwalidzkiego. Znaczną sumę na rehabilitację przekazali też czytelnicy RETRO. Nie udało się – p. Bohdan zmarł 15 grudnia 2016 r.

MP

Życie na Gorąco Retro

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.