Reklama
  • Czwartek, 25 lutego (08:05)

    Wspomnienie o Davidzie Bowie

Kończy się pewna epoka. 10 stycznia 2016 odszedł od nas David Bowie, wielki muzyk, kompozytor i wizjoner. Po prostu geniusz.

Reklama

Był chyba najbardziej tajemniczą i fascynującą postacią współczesnego show-biznesu. Jeden z jego biografów, Peter Doggett, usiłował opisać go za pomocą ciągu opozycji: „Jest perfekcyjną gwiazdą rocka. Królem i królową, mężczyzną i kobietą, kosmitą i człowiekiem, aniołem i potworem”.

Urodził się 8 stycznia 1947 roku w Londynie jako David Jones. Świat poznał go jednak jako Davida Bowiego. Jego historii nie sposób opowiedzieć w kilku zdaniach. Niech więc jego wyjątkowość przybliży nam jeden obrazek.

Późnym popołudniem 5 lipca 1972 roku do milionów domów w Wielkiej Brytanii zawitał dziwny gość. I to za sprawą publicznej telewizji! Tatusiowie siedzieli na kanapach, mamusie sprzątały po kolacji, a dzieci marzyły o tym, by uwolnić się wreszcie od szkolnych mundurków. Ale to za chwilę, bo zaraz zacznie się ulubiony program całej rodziny – „Top of the Pops”, nadawany co tydzień przez dumę Anglii, stację BBC.

I wtedy pojawił się David Bowie. W obcisłym kombinezonie, z nastroszonymi marchewkowymi włosami. Miał pomalowane mascarą rzęsy i niepokojąco ostre, wampiryczne zęby. Zaśpiewał „Starman”, melodyjną piosenkę o kosmicie, który pragnie zawrzeć znajomość z ludźmi. Ale to on sam wyglądał jak kosmita.

Gdyby transmisja miała lepszą jakość, można by zobaczyć, że jego oczy mają różny kolor… Inny biograf Bowiego, Paul Trynka, utrzymuje, że te trzy minuty z lipca 1972 roku zmieniły na zawsze oblicze muzyki pop. Do tej pory była ona doświadczeniem wspólnotowym, narzędziem budowania więzi z rówieśnikami. Potwierdzała przynależność do grupy czy pokolenia.

„Starman” opowiadał o czymś zupełnie odmiennym: o odwadze bycia innym. Przez następne dekady Bowie był inny na dziesiątki sposobów. Wcielał się między innymi w Chudego Białego Księcia (The Thin White Duke) i tlenionego japiszona w jedwabnych garniturach z szerokimi ramionami. Nie przywiązywał się do swych kolejnych masek, był wierny tylko przemianie.

Wskazywał nowe muzyczne ścieżki, by szybko z nich zbaczać. W jego ślady natychmiast szli liczni naśladowcy. Ostatni raz udało mu się nas zaskoczyć wydaną 8 stycznia 2016 roku znakomitą płytą „Blackstar”.

Nikt z nas tego dnia nie wiedział, że jest to list pożegnalny. Cóż, gdyby David Bowie nie istniał, trzeba by go było wymyślić… Tylko kto by potrafił?

Jarosław Topolewski

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Zobacz również

  • Za miesiąc aktorka świętowałaby 40-lecie pracy artystycznej. Niestety, jubileuszu już nie doczeka. Gwiazda odeszła nagle w wieku 62 lat. Jak przyznają znajomi artystki, jest to dla nich... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.